Strony

19.03.2012

PRZEZ MALAGĘ NA GIBRALTAR


Ostatnio znów ktoś zapytał nas o zeszłoroczny wypad przez Malagę na Gibraltar. Wygląda więc na to, że jednak będziemy musieli coś o nim napisać.


Otóż, Malaga przyjmuje nas wyjątkowo chłodno i deszczowo jak na andaluzyjskie możliwości pogodowe przełomu kwietnia i maja. Później się nieco przejaśni, a nawet przygrzeje, ale najpierw zdążą nam porządnie przemoknąć trampki.

Samo miasto nie oszałamia. Jest wielkie, przemysłowe, z wieżowcami ciągnącymi się po horyzont i statkami transportowymi mijającymi miejską plażę. Klimat, który trochę trudno skojarzyć z wypoczynkiem.


Mieszkańcy Malagi żywią chyba spore upodopanie w oglądaniu szlachtowania bydła rogatego ze szczególnym okrucieństwem, bo dumą miasta i jednym z jego głównych ośrodków rozrywkowych jest arena do corridy. Plakaty reklamujące liczne nadchodzące "igrzyska", porozwieszane są gęsto na słupach ogłoszeniowych w sąsiedztwie afiszy spektakli teatralnych i koncertów charytatywnych, i nikt wydaje się nie dostrzegać subtelnej różnicy pomiędzy sztukami.


Malaga ma jednak również swoje dobre strony, a jest ich całkiem sporo. Przede wszystkim ma absolutnie zachwycającą mauretańską alkazabę, która wznosi się nad miastem z taką elegancją i potęgą zarazem, iż trudno uwierzyć, że stała tu tak jak dziś już w XI wieku. U podnóża twierdzy znajduje się zrujnowany - choć w zaskakująco dobrym, jak na 2200 lat, stanie - rzymski teatr. Całkiem niedaleko jest Muzeum Picassa, a kawałek dalej jego rodzinny dom. Bo Pablo Picasso, jak wielu wybitnych francuskich artystów, pochodził z Hiszpanii. Z Malagi, konkretnie.


Kolejną dobrą stroną Malagi jest to, że tutejszy teatr "wydał na świat" Antonio Banderasa, a bez wątpienia najlepszą - fakt, że większość godnych uwagi miejsc skupiona jest na powierzchni na tyle małej, że można je bez problemu obejść wszystkie z buta.

Obchodzimy je tak przez cztery dni, bo zahaczamy też o miejsca mniej lub nie-godne uwagi oraz o zdecydowanie godny koncert Avishaia Cohena, po czym udajemy się na pekaes w stronę zamorskich terytoriów brytyjskiej korony, czyli na Gibraltar. A właściwie do przygranicznego miasteczka La Linea, które słynie tylko z tego, że graniczy z Gibraltarem i że wszyscy jego mieszkańcy codziennie rano jeżdżą na rowerze pracować w UK.


Mieszkamy i zakupy robimy w Hiszpanii, gdzie wszystko jest o połowę tańsze, większość czasu spędzamy natomiast na terenie Zjednoczonego Królestwa. Przejście graniczne oczywiście jest, nawet z celnikiem, albo dwoma, jednak odprawa paszportowa odbywa się w tempie szybkiego kroku przechodniów i nie wymaga zatrzymywania się w chwili okazania dokumentu. Celnicy zresztą zwykle nie trudzą się podnoszeniem wzroku znad studiowanego dogłębnie tabloidu Sun, więc w zasadzie nie ma większego znaczenia, czy przy przekraczaniu granicy wyciągnie nam się akurat paszport, czy karta członkowska klubu ogrodnika.

Tuż za przejściem znajduje się lotnisko, a właściwie pojedynczy, nieogrodzony pas startowy, przecinający Gibraltar w poprzek. Dosłownie, bo miejsca jest tylko tyle, żeby nadlatujący znad morza samolot zdążył wytracić prędkość i zatrzymać się, zanim wpadnie do morza na drugim końcu pasa. Starty odbywają się podobnie, tylko w drugą stronę, czyli pilot musi rozpędzić samolot i poderwać go z ziemi, zanim pas się skończy i maszyna wyląduje w wodzie. Przestrzeni jest na to akurat w sam raz. Nie wystarcza jej natomiast na ogrodzenie lotniska, bo to zablokowałoby cały ruch pieszy i motorowy wzdłuż półwyspu. Przez większość czasu ruch odbywa się więc normalnie, czyli w poprzek pasa, a kiedy jakiś samolot chce wystartować lub wylądować, zapala się czerwone światło, opada szlaban i wszyscy czekają, jak na przejeździe kolejowym. Z tą różnicą, że przetacza się przed nimi nie skład towarowy z węglem, a samolot.


Cała istota Gibraltaru zaklęta jest w jego Skale. Pozostała część ma klimat w połowie industrialno-portowy, a w drugiej połowie brytyjsko-małomiasteczkowy i ta połowa pozostałej części Gibraltaru, kiedy tam jesteśmy, świętuje właśnie książęce zaślubiny.


Jednocześnie myliłby się ten, kto spodziewałby się na tej brytyjskiej ziemi anglojęzycznej obsługi w sklepie czy restauracji. Brytyjczycy bowiem posiadają tylko te przybytki i zarządzają nimi w imię rosnącej chwały funta szterlinga. Pracują w nich natomiast Hiszpanie z La Linei, a Hiszpanie, jak wiadomo, po angielsku umieć nie muszą.

Ale przejdźmy do istoty, czyli do Skały. Jest to na przykład jedyne miejsce w Europie, gdzie w stanie wolnym żyją małpy (i dokłada się wszelkich starań, by żyły jak najdłużej, bo przepowiednia głosi, że gdy stąd znikną, Gibraltar powróci w ręce Hiszpanów). Makaki stanowią tu jedną z głównych atrakcji turystycznych, jak również jedno z największych utrapień co głupszych turystów, którzy oddaliby cały zestaw Happy Meal z McDonald'sa za sesję zdjęciową z małpką siedzącą na ramieniu i jedzącą z ręki.


Problem w tym, że gibraltarskie małpki nie robią małpich figli i nie są słodkimi przytulankami. Są dzikimi zwierzętami z pełnym garniturem kłów, których pogryzienia potrafią być dotkliwsze od pogryzień psa, a zdarzają się tym częściej, że małpki nie darzą człowieka psim szacunkiem ani przyjaźnią. Małpki nie czerpią przyjemności z bycia głaskanymi. Czasem dają się łaskawie dotknąć czubkiem palca, bo inteligencja podpowiada im, że to sprawia przyjemność ludziom, którzy dają wtedy więcej frytek i kanapek, a to jest właśnie to, o co małpkom chodzi. Krótko mówiąc, makaki doskonale wiedzą, czego chcą i co zrobić, by to dostać, a wkurzone nie patyczkują się z głupszymi od siebie.

Sami byliśmy świadkami, jak pewna pani z wrzaskiem wysiadała w biegu z własnego samochodu, bezskutecznie usiłując strącić uczepioną jej kołnierza małpę, która najwidoczniej uznała, że za tę ilość zdjęć należy jej się jeszcze jedna paczka chipsów.


Poza walką o przetrwanie z makakami, gibraltarskie wzgórze oferuje także kompleksowy przegląd historii od czasów pradawnych do całkiem współczesnych. Miejscem, które bezapelacyjnie trzeba odwiedzić jest fantastycznie ukształtowana Jaskinia Świętego Michała. Jako pierwsi jej walory docenili już neandertalczycy i malujący antylopy w galopie ludzie pierwotni oraz niedźwiedzie jaskiniowe, które zapewne posiliły się tu niejedną neolityczną artystyczną duszą. Od tamtego czasu jaskinia miała wiele zastosowań od wiktoriańskiego miejsca piknikowego, przez wojenny szpital polowy, po salę koncertową, którą jest do dzisiaj.


Późniejsze, te bardziej interesujące "przystanki" w tutejszej historii to choćby fenicko-grecki okres Słupów Herkulesa, czas mauretańskich twierdz, niespokojny XVIII wiek brytyjsko-hiszpańskich walk i oblężeń, wojenne lata biegania od armaty do armaty Schodami Śródziemnomorskimi oraz oczywiście nasz własny, polski akcent - katastrofa samolotu generała Sikorskiego. Ślady tych wszystkich (i wielu jeszcze innych) zdarzeń gibraltarskie wzgórze nosi po dziś dzień.

Po całodziennym łażeniu po Skale, mamy wrażenie, że wagonik kolejki linowej, który nas tu przywiózł był w istocie zakamuflowanym wehikułem czasu, a my właśnie odbyliśmy ekspresową podróż w dziejach, z której musimy wrócić na piechotę. Robi się ciemno, a nasze przeładowane wiedzą mózgi przestają przyswajać infomacje. Schodzimy więc z tego magicznego miejsca do poziomu brytyjskiej prowincji, przecinamy pas startowy, machamy celnikom przed półprzymkniętymi oczyma dowodami lub sieciówkami, po czym wracami do naszych czasów, do hotelu Margarita w sennej hiszpańskiej La Linei.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz